RSS
sobota, 24 grudnia 2011
Podróż w pigułce:)

Nie potrafię opisać swojej podróży w kilku zdaniach. Trudno skompresować miesiąc życia, ciągłych przygód i nowych miejsc, wybrać ważniejsze fragmenty (dla mnie wszystkie są równie ważne) i puścić to w świat.

Jednak udało się!!! Miłej lektury, Anna:)

  

DZIEŃ 1

Po pokonaniu 12% nachylenia i jazdy w pełnym słońcu postanowiłyśmy, że pora na pierwszy postój. To było gdzieś na przełęczy przed Velke Roune. Kobieta pracująca w pobliskiej gospodzie poczęstowała nas zimną wodą z lodem.  To było jak dar od losu...

DZIEŃ 4

Pół nocy nie spałam. Burza krążyła wokół namiotu jakieś 4 godziny.  Chciałam uciec, cholernie się bałam.  Na domiar złego zalało nam namiot, śpiwór i rzeczy. Miałam dość. Rano byłam nieprzytomna. Pogoda nie dopisywała. Zastanawiałam się co mam robić, musiałam jakoś wysuszyć śpiwór. Na szczęście później się rozpogodziło, śpiwór zdążył wyschnąć.

W miejscowości Sarvar wpadłam na genialny pomysł, żeby podładować telefon w punkcie informacji. Zwiedziłyśmy sobie pobliski zameczek. Zjadłyśmy obiad i ruszyłyśmy dalej.

Ciekawostka. Woda niegazowana ma różowe nakrętki, gazowana niebieskie. Węgierską walutą jest forint.

DZIEŃ 8

Na rynku w Postojnej była  grupa 5 rowerzystów, jak się później okazało Irlandczyków, którzy byli w podróży ponad miesiąc, zmierzali w stronę granicy Chorwackiej. Nocowali w tym samym hostelu w Ljubljanie, ba, nawet spotkałam ich w pralni, pomagali mi włączyć pralkę. Świat jest bardzo mały...:)

W Postojnej jest niesamowita jaskinia, początkowo nie zamierzałyśmy jej zwiedzać, ale po krótkiej rozmowie z chłopakami z Irlandii zdecydowałyśmy, że chcemy ją zobaczyć. Wejścia były, co godzinę, nam zależało żeby zdążyć na 16. 15 minut przed 16 popędziłyśmy po bilety do punktu informacji.  Anna szybko kupiła wejściówki, 3 minuty przed 16 byłyśmy z powrotem przed wejściem. Zdążyłyśmy tylko oprzeć rowery o jakąś ławkę, porwałam mapnik z dokumentami, Anna zabrała aparat, wszystko inne zostało przed wejściem (razem w telefonem i pieniędzmi). Na szczęście nic nie zniknęło.

Postojnska jama to blisko 20 km podziemnych sal i korytarzy, wydrążonych w skałach przez rzekę Pivkę.  Jedną z atrakcji jaskini w Postojnie jest występowanie bezokiej salamandry Proteus anguinus zwanej przez Słoweńców ludzką rybką - to ślepe stworzonko o różowej przypominającej ludzką, żyje tylko w podziemnych wodach dynarskiego Krasu.

O ‘ludzkiej rybie’ słyszałam kilka miesięcy wcześniej, wspominał o niej kierowca autobusu złapanego na stopa. Nie przypuszczałam, że zobaczę ją tak szybko.

DZIEŃ 10

Dzisiaj szybko zwinęłyśmy się z namiotu, przyświecał nam cel: WENECJA!!!! O 7 wyruszyłyśmy przed siebie, żeby ok. 14 znaleźć się na kempingu w Mestre (ok.5-7 km od Wenecji). Podczas postoju niefortunnie postawiłam rower, rozerwałam pół siodełka, prawie wypadła mi gąbka ze środka, na szczęście Anna miała taśmę izolacyjna, zreperowałam je.

Na kempingu szybko rozbiłyśmy namiot, wzięłyśmy prysznic i o 16 błądziłyśmy już po urokliwych uliczkach Wenecji. Miasto to jedno wielkie muzeum. Uliczki pełne ludzi, zarówno turystów, jak i sprzedawców próbujących wcisnąć byle bubel. Czy to podróbki torebek znanych projektantów czy to masek weneckich, na koszulkach ‘I love...’ kończąc.

DZIEŃ 12

Mantova – kolejne miasteczko w murach obronnych. Złapałam gumę przed punktem informacji, zaczęłam zmieniać dętkę, kiedy nagle jakiś Włoch wyrwał mi ją z ręki i za wszelka cene chciał mi pomóc. Mało tego wyciągnął mi szpilkę, którą wbiłam, załatał przebitą dętkę i trochę podpompował koło. Okazało się, że w dętce mam wentyl samochodowy, a pompkę miałam na rowerowy. Wytłumaczył mi drogę do najbliższego warsztatu samochodowego i odszedł razem z 3 kobietami, z którymi przyszedł. W tym momencie zauważyłyśmy rowerzystę – ‘patrz Anna Polak!!!’

Okazało się, że rowerzysta to Arek z Gliwic – pisałam z nim kiedyś na ‘naszym’ forum rowerowym. Pytałam go kiedyś o rady, bo miał spore doświadczenie w tego typu wyjazdach. Po prawie godzinnej przerwie i pogaduchach o wszystkim i o niczym ruszyliśmy w dalszą drogę już w trójkę. Arek także chciał dojechać do Barcelony.

Nie wiem jak długo pojedziemy razem, póki, co siedzimy sobie w polu pomidorów. Zamierzamy tu nocować, jest bardzo miło. Arek to straszna gaduła (twierdzi, że to dziwne, bo zazwyczaj mówi nie dużo). Dał nam Polską flagę.

   

DZIEŃ 21

Około 2 km przed Sete spotkałyśmy Polaka – Roberta Gogacza. Objeżdżał Europe dookoła, na liczniku miał ponad 6000 km. Wyjechał miesiąc przed nami. Poczułam, ze mój wyjazd to pikuś w porównaniu z tym, czego on dokonał. Robert jest z Bielska.

Właśnie za to kocham takie wjazdy. Poznajesz ludzi, którzy mogą być inspiracją. Ludzi, którzy sami wyznaczają sobie cele i starają się je realizować. W imię czego?? Nie wiem... tj. taka wewnętrzna siła, która każe dążyć do celu, przed siebie. Nie pozwala pozostać w jednym miejscu, tylko nieustannie ciągnie za sobą.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że wdrożyłam się w życie wyprawowe, które zresztą bardzo mi odpowiada. Nie masz nic, musisz przyjmować z pokorą to, co przynosi ci los. Jesz, kiedy jesteś głodny, śpisz, kiedy jesteś śpiący, odpoczywasz, kiedy jesteś zmęczony. Tj. taki jakby powrót do korzeniJ

Cieszysz się z każdej małej, pozornie nieistotnej rzeczy np. z pięknego uśmiechu i spojrzenia francuza przypadkowo spotkanego na ścieżce rowerowej.

Dzisiaj mija 3 tydzień naszej podróży. Barcelona jest coraz bliżej. Już nie mogę się doczekać...

DZIEŃ 25

Jakiś kolarz zaproponował że zawiezie mnie do miasta pod punkt informacji turystycznej w Barcelonie, zatrzymaliśmy się przy kraniku, aby napełnić bidony, wtedy inni ludzie się mną zainteresowali (kobieta i mężczyzna, facet jeździł często na rowerze, byli ze mnie dumni)

Zaraz po wjeździe do Barcelony zaczepili mnie Wojtek i Kasia. Okazało się, ze tez przyjechali tutaj na rowerach, co ciekawe początkowo jechali w czwórkę, ale też się rozdzielili. Anna spotkała tą drugą dwójkę. Ich trasa wiodła przez Niemcy i Francje.  Byli z Poznania.

Barcelona to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałam. Każdy znajdzie tu cos dla siebie. Nocuje w hostelu na ulicy La Rambla. Dzisiaj widziałam Parc de La Ciutadella z kaskadą mamutów, port i Sagrade Familie – najsłynniejsze dzieło Gaudiego.

DZIEŃ 30

PINA – ZARAGOZZA

Znowu udało mi się znaleźć nocleg u rodziny hiszpańskiej. Kobieta, którą zapytałam o drogę zaproponowała, że może mnie przenocować. Przyjęła mnie z wielkim sercem, tak samo jak cała jej rodzina. Miała córkę - Mari–e, która trochę mówiła po angielsku. Za to chłopak Mariny biegle władał angielskim. Okazało się, ze niedawno wrócił z Polski. Był we Wrocławiu u znajomych. Znał tez kilka polskich słów m.in. ‘na zdrowie’ hehe.

Rano przygotowali mi śniadanie i spakowali wałówkę. Dostałam soki domowej roboty  i ruszyłam w stronę Zaragozzy. Około 10 km przed miastem na ścieżkę rowerową pokierował mnie sympatyczny rowerzysta, który w zeszłym roku był na rowerze w Hiszpanii. Opowiedział mi, co nie, co o jego regionie i zaprosił na tapas.

Kiedy w końcu dojechałam do Zaragozzy bardzo miło się zaskoczyłam. To miasto jest przepiękne. Dzieli się na dwie części: nowoczesna i zabytkową, które oddzielone są od siebie rzeką Ebro.

Na placu Pilar spotkałam rowerową pielgrzymkę wileńską (www.whm.lt) Grupa młodych Litwinów z polskim księdzem jechała z Rzymu do Fatimy. Zaprosili mnie na kawę i podarowali mi ich wyprawową koszulkę. Na pożegnanie zrobiliśmy jeszcze wspólne zdjęcie.

Dzisiaj po raz pierwszy czułam się samotna, pierwszy raz podczas noclegu byłam zupełnie sama i nie czułam się z tym dobrze. To ludzie tworzyli moja podróż, byli doskonałym uzupełnieniem.

Wszystkie miejsca z pozoru piękne, rozpoznawalne i często odwiedzane, lecz bez ludzi nic nie warte.

Dziwnie się czuje bez popołudniowego pedałowania. Można powiedzieć, że mi się nudziło.

Jakie straty przyniosła mi podróż?

- zgubiłam licznik i ręcznik

- zdarłam dwie pary butów

- koszyk na bidon się rozleciał

- rozwaliłam siodełko

- dwie pary spodenek kolarskich nadają się już tylko do wyrzucenia

- jestem o 3 mapy lżejsza, nie wytrzymały drogi


DZIEŃ 30

Dokładnie miesiąc temu opuściłam dom, żeby odbyć podróż do Hiszpanii. Czy coś zmieniło się od tego czasu? Bardzo wiele, zamieniłam podejście do pewnych spraw, sposób patrzenia. Jestem silniejsza i słabsza zarazem.

Spotkałam się dzisiaj z Anną. Przeszłyśmy się po mieście, zrobiłyśmy kilka zdjęć i znowu każda pojechała w swoją stronę.

Siedzę już w pociągu do Madrytu....to już koniec

11:04, europanadwakola
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 października 2011
Podróżowanie jest celem samym w sobie...czyli krótkie podsumowanie
Trochę zajęło mi porządkowanie spraw po wyprawie, ale oto jestem! 
Podczas swojej 34-dniowej podróży przejechałam ponad 3000 km, poznałam wielu inspirujących ludzi, odwiedziłam mnóstwo ciekawych miejsc, w pewnym sensie odkryłam siebie;) na dniach postaram się stworzyć małą relacje podróży, proszę o cierpliwość:)
Pozdrawiam Anna

22:17, europanadwakola
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 sierpnia 2011
Jeden cel osiagniety
Pozdrowienia dla wszystkich z Barcelony. W 25 dni zrobilismy przeszlo 2600 km. Jutro z rana ruszam na Santiago...trzymajcie kciuki
22:29, europanadwakola
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5